Tajny Protokół: Dokumenty Podziemnych Rozmów Między Aliantami w IIWW

Dokumenty Podziemnych Rozmów Między Aliantami

Gdy historia staje się towarem handlowym

Druga Wojna Światowa pozostawia za sobą nie tylko szczątki miast i miliony ofiar – pozostawia też dokumenty. Tysiące stron papieru, które zawierają najtajniejsze rozmowy przywódców, dyplomaci rozmów, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Dziś te dokumenty trafiają na aukcje, do prywatnych kolekcjonników i magazynów z klimatyzacją, gdzie bogaci zbierają nie tylko historię, ale przede wszystkim enigmatyczną moc: dostęp do tego, co wielkie mocarstwa chciały ukryć. Problem polega na tym, że nikt nie wie dokładnie, ile takich dokumentów krąży, skąd pochodzą i czy są autentyczne.

Handel tajnymi protokołami z okresu IIWW to biznes, który pracuje w szarych strefach międzynarodowego prawa. Żaden kraj nie może oficjalnie przyznać, że jego archiwalne dokumenty wyciekły na czarny rynek – byłoby to przyznaniem się do braku kontroli nad własnymi bezpieczeństwem narodowym. Tymczasem na prestiżowych aukcjach pojawiają się memoranda z rozmów między Churchillem a Rooseveltem, notatki ze spotkań alianckich sztabów, a nawet fragmenty tajnych ustaleń dotyczących przyszłego podziału świata po wojnie.

Źródła zagadki: skąd naprawdę pochodzą te dokumenty?

Historia tych dokumentów zwykle zaczyna się banalnie. Oficjalnie pochodzą z prywatnych kolekcji, z domów arystokracji, z portfeli oficerów, którzy rzekomo „zapamiętali” sobie pamiątki ze stanowisk, które zajmowali. Nikt nie pyta zbyt głęboko. Dom aukcyjny przedstawia dokumentację proweniencji – czasem przekonującą, czasem zadziwiająco fragmentaryczną – i sprawa wydaje się rozstrzygnięta. Ale dla śledczego dziennikarza zaczynają się tam właściwe pytania.

Dokumenty dotyczące podziemnych rozmów między mocarstwami mają specyficzny ścieżkę przepływu. Część z nich rzeczywiście pochodzi z archiwów, które trafiły do prywatnych rąk w wyniku chaosu powojennego. Kiedy armie zwycięzców zajmowały terytoria, tysiące dokumentów znalazł się w polach bitew, opuszczonych biurach, bunkerach. Żołnierze, dyplomaci, funkcjonariusze – wszyscy mieli dostęp do papierów, które nigdy nie powinny opuszczać obiektów wojskowych. Niektórzy brali je jako pamiątki. Inni sprzedawali je już wtedy, w latach czterdziestych i pięćdziesiątych.

Ale tam historia się nie kończy. Część dokumentów pochodziła z oficjalnych archiwów państwowych, które w okresie zimnej wojny byłyśmy wykorzystywane do wymiany informacji między aliantami a byłymi wrogami. Polska, jako kraj położony między mocarstwami, miała dostęp do kopii niektórych z nich – dokumenty trafiały do polskich archiwów wywiadowczych. Kiedy system komunistyczny upadł, a archiwa były dezorganizowane, część tych dokumentów zaginęła. Dziś nikt nie potrafi powiedzieć, ile ich jest w obrocie.

Aukcyjne ceny i techniczne zapachy podejrzeń

Gdy śledczy dziennikarz przeglądał katalogi międzynarodowych domów aukcyjnych z ostatnich dziesięciu lat, znalazł coś zadziwiającego: dokumenty dotyczące sowieto-brytyjskich pertraktacji sprzedawane były zawsze w okresach, gdy media były zajęte innymi wielkim tematami. Dokumentacja z rozmów między Stalinem a Churchillem pojawiła się w katalogu mało znanego domu aukcyjnego w Luksemburgu dokładnie w momencie, gdy konflikt na Bliskim Wschodzie pochłaniał uwagę światowych mediów. Ceny za tego rodzaju dokumenty skoczyły w górę o 300 procent w ciągu pięciu lat – szybciej niż akcje technologiczne.

Co więcej, eksperci zajmujący się autentyczności tych dokumentów często nie są w stanie potwierdzić, gdzie dokładnie doszło do ich najwyraźniej naiwnych „znaleźcia”. Papier można datować za pomocą testów izotopowych, ale jeśli dokument rzeczywiście pochodzi z lat czterdziestych, test nie powie nam, czy był on kiedyś w oficjalnym archiwum, czy zawsze krążył w półcieniu. Pieczątki i podpisy można analizować, ale ci którzy podpisali te dokumenty, już nie żyją, a ich biometryczne cechy nie można porównać z surogatem tego co pozostało.

Szczególnie podejrzane jest to, że niektóre dokumenty kolekcjonerskie pojawiające się na aukcjach zawierają informacje, które później pojawiają się w opublikowanych już historycznych pracach – ale czasem w słabszej jakości lub bez odpowiednich cytowań. To sugeruje, że mogą one być fotokopią fotokopii, albo gorzej – rekonstrukcją opartą na znanych faktach, a nie oryginalnym dokumentem. Historia handlu archiwaów i ich rekonstrukcji pokazuje, że tego rodzaju praktyki miały miejsce wcześniej.

Gra między światami: służby wywiadowcze a kolekcjonerzy

Pytanie, które nasuwa się nieodparcie: czy współczesne służby wywiadowcze wiedzą o tych dokumentach? Odpowiedź to prawdopodobnie tak, ale mają oni powody, aby udawać, że nie. Jeśli Wielka Brytania, Stany Zjednoczone czy Niemcy przyznałyby, że ich archiwalne dokumenty wydostały się z oficjalnych kanałów, musiałyby wyjaśnić, kiedy straciły nad nimi kontrolę i jak wiele innych tajemnic mogło wyciec. To byłoby politycznie katastrofalne.

Tymczasem niektóre służby mogą nawet mieć interes w utrzymaniu tych dokumentów w obrocie – ale poza oficjalnym rynkiem. Dokumenty mogą być wykorzystywane do dyplomatycznych presji, do utrzymywania pewnych krajów w niepewności co do tego, ile konkurenci wiedzą o ich tajnych planach. Papierowe dokumenty z czasu IIWW mogą wydawać się archaiczne w epoce cyfrowej, ale dla krajów które chciały ukryć swoje wcześniejsze decyzje, mogą być zbyt niebezpieczne, aby pozwolić im na pełną jawność.

Kolekcjonerzy, z drugiej strony, często nie rozumieją pełnego kontekstu tego, co kupują. Bogaty biznesmen z Dubaju, który płaci 200 tysięcy dolarów za memorandum z rozmów w Jałcie, może po prostu chcieć posiadać fragment wielkiej historii. Ale w momencie, gdy jego dokument pojawia się w katalogu aukcji, może zostać to zaobserwowane przez służby, które wtedy wiedzą, gdzie szukać kolejnych dokumentów z tego samego pochodzenia.

Nigdy publikowane i zawsze tajne

Jedną z najbardziej zadziwiających cech tego procederu jest fakt, że wiele z tych dokumentów nigdy nie zostało opublikowanych w pełnej wersji przez żadną historyczną pracę akademicką. Są one znane tylko wąskim kręgom – naukowcom, którzy mieli dostęp do archiwów, albo archiwistów. Jeśli dokument pojawia się na aukcji, a naukowcy nie wiedzą, że takie coś powinno istnieć, nikt nie może stwierdzić, czy jest autentyczny. To idealna sytuacja dla falsyfikanta.

Przypadek dokumentu, który miał rzekomo zawierać tajne postanowienia dotyczące Polski po wojnie, rozgrywał się właśnie w ten sposób. Dokument pojawił się na aukcji w Berlinie, został kupiony przez kolekcjonera, a dopiero lata później historycy zwrócili uwagę, że jego treść nie pokrywa się z tym, co wiedziano z innych źródeł. Ale do tego czasu dokument był już w prywatnych rękach, a jego sprawdzenie miało by wymaga dostępu do ofcjalnych archiwów, których właściciele nie chcą, aby kogoś do nich dopuścić.

Przepadła kontrola, przepadła historia

Nikt dokładnie nie wie, ile dokumentów z rozmów między aliantami w IIWW znajduje się poza oficjalnym zasobem archiwalnym. Szacunki wahają się między 5 a 15 procent całkowitego zasobu – to mogą być tysiące dokumentów. Każdy z nich to potencjalnie ważny fragment naszego zrozumienia tego, jak świat został podzielony po największej wojnie w historii ludzkości.

Dla śledczego dziennikarza to jest zarówno możliwość i odpowiedzialność. Możliwość, bo każdy artykuł na temat tego procederu może zwrócić uwagę na to, co jest sprzedawane i gdzie. Odpowiedzialność, ponieważ historia zasługuje na coś więcej niż być towarem dla bogatych kolekcjonerów. Dokumenty, które mogłyby zmienić nasze rozumienie powojennej dyplomacji, zamiast być dostępne dla badaczy, leżą w sejfach i są wymieniane za ceny, które osiąga się na aukcjach przez zamkniętymi drzwiami.

Pytanie, które powinna sobie zadać każda funkcja przechowująca archiwalne dokumenty: ile jeszcze dokumentów możemy stracić, zanim powiemy, że historia nie jest już naszą, ale zasobem finansowym dla najwyższych poszkodowanych?